środa, 25 września 2013

Ogłoszenia parafiiaAalnee i parę fotek

Witajcie,

nie pisaliśmy długo bo i nie wiele się dzieje. Hotel prawie pusty, ale w październiku ma już być normalnie bo i wesele jakieś duże i grupy firmowe na "konferencje" przyjeżdżać mają i jeszcze znowu jakieś Święto co tydzień prawie trwa miejscowi mają mieć, więc wszystko wraca do normy.

Wraca do tego stopnia, że nasza firma poszukuje dziewczynki lub pary do pracy w drużynie animacyjnej w jednym z Movenpicków(Soma Bay - czyli tutaj gdzie my jesteśmy, Hurghada, lub El Gouna), dokładnie jeszcze nie wiadomo w którym nowy gość wyląduje, ale wszystkie są rozmieszczone w promieniu około 40km. Kontrakt ma być na minimum 3-4 miesiące, kasa do ustalenia chociaż należy pamiętać że nie jest to wyjazd zarobkowy do Anglii czy na samolot ogórkowy.

Jeżeli więc potrafisz cokolwiek się wysłowić po angielsku(na prawdę cokolwiek), nie masz jednocześnie 1,5m wzrostu i 120kg wagi i chciałabyś przezimować w Afryce jak bociany proszę o kontakt a ja przekieruję dalej. Jesteśmy tutaj już czwarty miesiąc i naszym zdaniem warto. Jedyny "haczyk" jest taki że trzeba się zdecydować w trybie pilnym bo najlepiej żebyś tutaj była za maksimum 2 tygodnie. I jeszcze dla ścisłości, bo się zaraz pewnie jakiś mądry znajdzie: nie, nie mamy prowizji za przysłanie pracowników z Polski.

Przy okazji parę fotek bo właśnie od fotografii się na blogu raczej gęściej zrobi niż od moich wypocin. Nawet jak jest jakaś fajna historia to niestety z różnych powodów nie może się na blogu znaleźć, ale obiecuję że jak już się z Afryki wyprowadzimy to popełnię duży wpis "Historie prawdziwe" :)

Hotel ma na plaży taki spory namiot w którym urządziło się dwóch wesołych braci beduinów Mustafa i Bob.
Jak mamy więc wolny wieczór to z przyjemnością się do chłopaków wybieramy z piwkiem bo i shishą poczęstują i pogadają głupio po afrykańsku i czasem nawet potańczyć można :)




A tutaj widać że Pshema opaliło trochę. Na pierwszym zdjęciu ten w środku to normalny Egipcjanin, więc w tłum wtapiam się już idealnie. Ciekawe jak bym teraz do konsulatu na stolarskiej poszedł i powiedział: Dzień Dobry bo jak chciałem tak na miesiąc do pięknej Ameryki... :) No terrorysta :) Do więzienia za próbę zamachu a nie do Stanów bandyto al-kaidowy! :)


Pozdrawiamy gorąco,
AiP

niedziela, 18 sierpnia 2013

Ktoś to chyba czyta!!!

Właśnie stuknęło nam 2500 wyświetleń bloga!!!

Świętujemy :D Kogoś to chyba interesuje.... 
Wszystkim "czytaczom" dziękujemy i pozdrawiamy. Taki wynik motywuje do myślenia nad kolejnymi wpisami.

A tutaj po prawej jest takie miejsce, że jak się wpisze swojego maila to będzie przychodziło na niego powiadomienie, że pojawiły się jakieś nowe wypociny.

Na koniec QUIZ!

Potrzebny jest krótki opis sytuacji:

Wczoraj w nocy, gdzieś po pierwszej. Aga już śpi. Ja leżę, ale czytam jeszcze coś w sieci. W pewnym momencie Aga się podnosi, średnio obecnym wzrokiem sprawdza godzinę w telefonie, po czym zadaje mi pytanie zagadkę:

-Dlaczego jest wpół do drugiej?

I to jest pytanie konkursowe, zapraszam do odpowiadania w komentarzach.
Do wygrania wódeczka z Przemkiem jak przylecimy do Polski. Konkurs oczywiście rozstrzygnie Aga, decydując która odpowiedź najbardziej by Ją usatysfakcjonowała.

Pozdrawiamy gorąco
AiP

piątek, 16 sierpnia 2013

Urodzinowe snurki i gołąbek :)

Piszemy bo już prawie miesiąc od ostatniego posta a toż to przecież taka posucha nie przystoi. Temat się w końcu nadarzył to i wpis się produkuje.

Po primo w pracy. Niedawno się Ramadan skończył w związku z czym miejscowi mieli dosyć duże kilkudniowe święto. Do hotelu przyjechało ponad 250 sztuk Egipcjan, a to jest towarzystwo wyluzowane dosyć konkretnie. To się nasłuchaliśmy od niemieckich turystów, że przecież to Panie jak bydło się zachowuje, że Panie jak te świnie przy stole, że ja przecież niemieckie piniondze zapłacił żeby relaks był, a tu jak tu teraz relaks jak to się drze cały dzień i noc... oj wesoło było :) Nam w każdym razie nie przeszkadzali, ale już kelnerzy mówili że 250 Egipcjan to gorzej niż 1000 Ruskich, a z Ruskimi wiadomo, łatwo niema. 

W każdym razie już pojechali i wszystko wraca do mniej lub bardziej europejskiej normy. Hotel się zapełnia, więc zajęcie jest i ludzi też się ciekawych poznaje. Na ten przykład była Pani z Danii z dwójką synów. I gadamy sobie i mi mówi, że ona też z Polakami pracuje w Danii. Że ona w pracy to zarabia tak 50 000 Euro rocznie, ale to w cale nie za dużo bo to taka średnia płaca. A jej mąż na ten przykład to zarabiał fajnie bo 250 000Euro rocznie, no to już było przyjemnie. Tak człowiek słucha i nie ogarnia, że się w dzikim, jakimś kraju urodził i do jeszcze dzikszego pojechał:)

Po drugie primo dzisiaj(albo wczoraj, zależy kiedy skończę pisać) Aga obeszła po raz kolejny 18-te urodziny. W związku z tym wybraliśmy się do naszych Polsko-Egipskich kolegów w Safadze z centrum nurkowym na snurkowanie. No to wsadzili nas koło 9-tej rano na statek i płyniemy. Generalnie cała wyprawa była dla Polskich i Belgijskich nurków, a tylko nasza dwójka między nimi miała sobie snurkować. Ale w sumie wyszło na dobre.


Tutaj "port" :) :

Tutaj że wiało:

I że bujało:




Ale fajnie było


Popłynęliśmy na jedną rafę, towarzystwo sobie ponurkowało, my posnurkowaliśmy. Wiadomo, kolory, rafa, ryby i niesamowite morskie życie. Potem nieduży obiad na statku i że płyniemy na drugie miejsce. Przypłynęliśmy, a tam chłopaki mówią, że jakiś statek zatopiony będziemy mogli obejrzeć. No to ok, spodziewaliśmy się jakiejś łajby zatopionej, wskakujmy a tam ledwie 10 metrów pod powierzchnią leży na boku jebany Titanic!!! Po prostu ogromny, jak się jest mniej więcej na środku długości, to 
w wodzie nie widać końców kadłuba. Śruby napędowe wielkości człowieka, w niektórych oknach jeszcze są szyby, inne potłuczone, wszędzie pełno ryb, czasem wypływają z czarnych dziur po oknach... Pierwszym wrażeniem jest, zaskoczenie i czujesz się dosyć nieswojo(w przypadku Agi dodatkowo oczywiście strach, że za chwilę coś na pewno stamtąd wypłynie i lepiej już chodźmy na statek). Po jakimś czasie się oswajasz i oglądasz, chociaż dalej ciężko uwierzyć. Ja tam godzinę pływałem, Aga po paru minutach jednak uciekła:)



Potem się okazało że okręt nazywał się SALEM EXPRESS i zatonął w 1991 roku zahaczając o rafę bo z jakiegoś powodu nie popłynął normalną okrężną drogą do portu w Safadze tylko na skróty. Wrak ma 115 metrów długości, zaczynają porastać go korale i jest niesamowity, zdjęć niestety nie mamy bo nasz aparat pod wodą nie ogarnia, a szkoda.


Tutaj jest mała wizualizacja jak to wygląda a w sieci jest sporo zdjęć.

A tutaj jeszcze jedno moje:
Generalnie więc wyprawa urodzinowa udana powyżej oczekiwań.

Po trzecie primo wypada odnieść się do tego co w telewizorze mówią. Po raz setny powtarzam: to wszystko dzieje się daleko od nas i niema dla nas bezpośredniego zagrożenia. Temat jest trudny. To że wojsko rozgoniło agresywne demonstracje to fajnie ale to, ze przy okazji zabito kilkaset osób to już mniej. W mojej opinii ruch Sisi'ego był zwyczajnie głupi. Pogłębi tylko i tak już poważny podział społeczeństwa na "nas" i "ich" tych dobrych i tych złych. W takiej sytuacji trzeba usiąść i znaleźć kompromis, a niestety po obu stronach chęci do rozmów brak. Pożyjemy, zobaczymy - turyści ciągle przylatują.

Z tematów lżejszych:


To jest na przykład Pan Aleksandr z Moskwy, zawodowo handlowiec, ale hobbystycznie współorganizator zawodów strongmanów w Rosji. Mówi że się z Pudzianem znają.

Pierwszy był mi w stanie wyjaśnić jak to się stało że skrót imienia Aleksandr w Rosji to Sasza.
Rozumiem: Tatiana --> Tanja, ale: Aleksandr --> Sasza? No jak?
A no tak, że jak był Aleksandr Macedoński to jak dotarł do Indii to tam na niego Sasza mówili bo to Hinduskie imię jest i tak mu już zostało a jak jemu to i reszcie. Ot i cała historia.

A niedawno jeszcze jechaliśmy takim busem w tweetiego:
Chłopaki z fantazją:)

A taki mamy widok z balkonu, bo chyba jeszcze nie pokazywałem:

A jeszcze takie pytanie, takie pierwsze z brzegu...
Jedliście ostatnio gołąbki? Bo u nas były parę dni temu :D
Taki pomysł na kolejny wpis na kulinarnym blogu Anny ;)


Pozdrawiamy gorąco AiP

niedziela, 21 lipca 2013

Trzy wesela i Egipt :)

Witajcie,

nie pisaliśmy kawałek bo albo nie było czasu, albo nie było o czym, albo jak już było o czym to temat taki że się w życiu na bloga nie nadaje. 
Coś tam się jednak musiało przecież dziać, no nie? 
No coś tam się działo, to piszę.

Na początek rewolucja w Egipcie cd. 
Z punktu widzenia przeciętnego Egipcjanina Mursi był zły to zrobiliśmy rewolucję, armia hamdurle nam pomogła, teraz wybierzemy nowego i będzie git. Musimy sobie tylko wcześniej poradzić z tymi oszołomami z muslim brothers bo się nie potrafią pogodzić z przegraną, biegają po Kairze rzucają kamieniami, Mołotowami, albo fajerwerkami strzelają do żołnierzy czy normalnych ludzi.



Z drugiej strony po internetach krąży coraz więcej tekstów, że pogwałcenie demokracji, że tłum nieprzywykły do wolności bardzo łatwo nastawić na jednostkę, że panowanie nad krajem elegancko przejęła junta wojskowa bo Pan Mursi komuś dużemu z pejsami za skórę zalazł.

Ja tam nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, nie interesuje mnie to i w ogóle nie mam zdania, a na blogu co to go każdy może przeczytać to już w ogóle się na polityce nie znam.

Raz na jakiś czas ktoś z Was napisze się zapytując czy żyjemy i jak tam w ogóle bo przecież tam u Was to strzelają i wojna i apokalipsa i Boże ratuj. Bardzo nam miło że się interesujecie i martwicie, ale u nas NIE strzelają. Jakieś pół godzinki po ostatnim wpisie pojechaliśmy do hotelu(ciągle zadowoleni że koniec rewolucji), a tam wszyscy znowu przed TV bo w Kairze muslim brothers naparzają czym mają(kamienie, Mołotowy(zrobione z whisky, bo paliwa niema!!!) czy fajerwerki) do wojska i cywilów bo im wodza zamknięto. Armia powoli jednak sobie z nimi radzi, a jak mamy gości z Kairu to mówią, że w większości prowadzą normalne życie, trzeba tylko wiedzieć jakich miejsc unikać.

Z naszego punktu widzenia chodzi o to, że dopóki rzucają kamieniami to powodzenia. Rzecz w tym, żeby nie pozwolić im wykonać nawet najmniejszego zamachu bombowego, który mógłby zranić przechodzącego nieopodal wielbłąda, a nie daj Boże człowieka, w najgorszym wypadku turystę. Po czymś takim w jeden dzień media ogłosiłyby "początek serii wielkich zamachów w całym Egipcie, w których zginąć mogą setki jeśli nie tysiące ludzi" i strumień turystów zostanie odcięty na co najmniej parę miesięcy. Tego armia musi pilnować, ale zdaje się że zdają sobie z tego sprawę i póki co im wychodzi.

No dobra. A co u Was?

A u nas wszystko gra. Turystów dalej niewiele, pogoda jest, wypłata była i wiemy już gdzie kupić wódkę w znośnej jakości, w znośnej cenie, tak że jest git. Znaleźliśmy nawet w takiej pipidówie Safadze Polsko-Egipską firmę nurkową. Takie swoje, wyluzowane chłopaki.

Jak mamy wolny dzień(czwartek) to też trafiliśmy dobrze bo mamy Martina, a Martin ma auto. To siadamy w auto i jedziemy do El Gouny - turystyczne, prywatne(!!) miasto po drugiej stronie Hurghady, czyli jakieś 75 km od nas. Tam też jest Movenpick i tam mamy szefów i resztę ekipy.

Jest tam też na przykład zajebisty bar na plaży z palmami, basenem, leżakiem, hamakiem, piwkiem, jedzeniem, morzem, basenem... 

A wieczorem koło 23-ciej otwierają się kluby. My chodzimy do LocaLoca, klub nie jest duży ale z bardzo fajnym klimatem. W większej części na wolnym powietrzu, oczywiście nad morzem. Gra grupa dj-ów, którzy znają się na robocie więc jest na prawdę dobrze. Mi się kojarzy z tym co słyszałem w wakacyjnych audycjach w RMF MAXXX z Ibizy - dobra klubowa muzyka. Po klubie krąży Pani fotograf i robi zdjęcia, a potem można je sobie tutaj zobaczyć. 

Oczywiście do domu wiezie nas koło trzeciej w nocy pijany Niemiec :)

Raz też Aga coś mi mówić zaczęła że ona mi będzie włosy obcinać bo wyglądam jak Rumcajs rozbójnik. No to wybrałem mniejsze ryzyko i poszedłem w naszej pipidówie fryzjera szukać. Pierwszy lepszy sklep:
- Dzień dobry a gdzie tu jest fryzjer?
- A dzień dobry my friend tu niedaleko jest najlepszy w ogóle specjalista fryzjer i tam musisz iść i mu powiedz że ja Cię przysłałem my friend.
- No dobra, a ile takiemu specjaliście trzeba zapłacić?
- A to, my friend to ja nie wiem, to już się jego trzeba pytać.
- No dobra, ale tak ze 20 funtów(coś koło 10 złotych)?
- No może 20, ale nie wiem.
- Dobra przyjacielu, bardzo dziękuję, idę!

Poszedłem, znalazłem. Stoi dwóch gości przed wejściem do "salonu"(po schodkach do pomieszczenia 3x4m z dwoma lustrami, ladą, dwoma fotelami, bez klimy, tylko się taki wiatrak u sufitu kręci). Większy koleżka - fryzjer właściwy, ale gada tylko po swojemu, drugi, mniejszy - nie fryzjer, ale przetłumaczyć potrafi z mojego angielskiego bełkotu na ich egipskie harkanie. Mniejszy że oczywiście większy jest najlepszym specjalistą, no to ja że się bardzo cieszę, że trafiłem do nich i czy znajdzie chwilkę żeby mi włosy skrócić. No to on że znajdzie, no to ja że ile za taką przyjemność. I jak poprzednie odpowiedzi padały bezpośrednio po pytaniu tak teraz chłopaki zaczęli ze sobą dyskutować co jakiś czas tylko na mnie zerkając(bo tutaj Panie nie ma jednej ceny za jakąś usługę, tutaj trzeba ocenić na ile klienta stać i mu zaproponować cenę taką żeby nie obrazić zbyt niską). No to ja im mówię jeszcze że nie, że zwykły turysta, tylko pracuję tutaj tak jak oni i że tu o niedaleko mieszkam. A no to jak tak to oczywiście my friend cena będzie specjalna dla Ciebie. I dalej dyskutują a ja się dzień wcześniej liczebników uczyłem i słyszę że coś jest o pięćdziesięciu. No to im przerwałem i mówię że 20 mogę zapłacić. No to dalej dyskutują ale ten mniejszy jakby mnie broni i w końcu do mnie że OK, ale to jest cena specjalnie dla mnie i że musimy biznes zrobić że jak będę miał kolegę czy turystę co będzie potrzebował fryzjera to im go muszę przyprowadzić. Zgodziłem się oczywiście, Aga z Marią sobie nawzajem końcówki podetną, a Martin jest łysy.
Siadłem, Pan mnie elegancko opierdzielił jak najwyższej klasy specjalista z Zabierzowa, przypociłem się tylko nieco jak brzytwę wyciągnął, że mi kark będzie golił, zgodziłem się oczywiście(właściwie to się nie pytał:) ). Wszystko poszło jednak gładko, podziękowałem, zapłaciłem, do domu poszłem(bo blisko) odkaziłem resztką weselnej od środka.

Na koniec życzenia i gratulacje.
Uruchomiliśmy z Agą serię i populacja Pająków w Radziszowie zmniejsza się :)

Po pierwsze Ania i Karol. 

W najbliższą sobotę biorą ślub, na którym niestety nas nie będzie, ale z tej okazji chcemy złożyć życzenia, udanej imprezy i wszystkiego dobrego już po imprezie. Nic się nie martwcie, koperta tam do Was powinna jakoś dotrzeć, ale i weselną sobie jedną rezerwujemy :)

Po drugie Asia i Selim.

Wziął ją chłopak wytargał na Rysy i wręczył pierścień.
Tak wygląda Aśka przed,

a tak po zaręczynach: 

Gratulujemy i czekamy na informację o dacie, może na tą imprezę już nam się uda przylecieć.

Pozdrawiamy gorąco,
AiP.



piątek, 5 lipca 2013

Mursi halas, czyli na jakiś czas powrót do normalności.

No i się skończyło :)

Protesty były ogromne, mówi się że we wszelkiego rodzaju demonstracjach udział wzięło ponad 32 miliony ludzi. Co podobno było największym takim ruszeniem w historii. Widać było  jednak że poprzednia rewolucja wiele chłopaków nauczyła i z problemem poradzili sobie elegancko. 
Piszę dzisiaj, ale główna akcja miała miejsce przedwczoraj koło dwudziestej pierwszej.
W telewizji pokazał się Pan generał o czarującym nazwisku Sisi i powiedział: koniec szopki!


Gość mówił konkretnie (chociaż po arabsku): Mursi i jego ekipa wzywają do rozlewu krwi i nie chcą z nami gadać, więc zagrażają bezpieczeństwu kraju. W takim razie ich wyłapiemy i pozamykamy, kropka! Następnie zrobimy wybory prezydenckie i parlamentarne a do tej pory państwem dowodził będzie przewodniczący trybunału konstytucyjnego. Druga kropka, do widzenia.

Nie będę przepisywał tego co już napisano. Tutaj można poczytać nieco konkretniej co i jak.
Generalnie Egipt po tej decyzji świętował całą noc.


My też się cieszymy bo to gwarantuje spokój i turystów, co najmniej do czasu aż nowy prezydent nie zacznie wariować. 

Pozdrawiamy,
AiP

wtorek, 2 lipca 2013

Mursi Go!!! Oraz ciekawostki i klątwa faraona, czyli sraj się:)

No to się zaczęło!

Wszyscy się bali że można będzie zginąć i że będzie chaos i koniec świata. A tu, przynajmniej póki co, trzeba narodowi egipskiemu honory zwrócić. Owszem protesty są ogromne Kair, Luksor, Aleksandria, Suez, nawet w takiej pipidówie Safadze demonstracja w niedzielę była. W sumie na ulice wyszło kilkanaście milionów ludzi, ale większość przebiegła w miarę pokojowo i można powiedzieć, że w sposób niemal cywilizowany. 


W skrócie o co się w ogóle rozchodzi.

Miliony chcą ustąpienia Prezydenta Mursiego bo jest debilem(co przynajmniej z tego co się tutaj dowiedzieliśmy jest faktem). 
No tak, ale ktoś na Niego chyba głosował, tak?
No tak, ale w czasie wyborów ponoć płacono ludziom żeby na niego głosowali, a jak nie chcieli brać to ich zastraszano.
Generalnie taką dyskusję można ciągnąć godzinami. 

Wyszli więc na ulice i chcą żeby ustąpił. Jakby mu zależało na kraju to by podziękował grzecznie za cały rok i zniknął. Ten jednak dalej "rządzi". Ma nawet swoich zatwardzialców, którzy robią swoje demonstracje poparcia w Kairze. Ważne żeby się te dwie grupy nie spotkały bo się sporo krwi poleje. Tego pilnuje armia kraju. Armia postawiła nawet ultimatum prezydentowi(u nas to chyba prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i to On może komuś ultimatum stawiać a nie odwrotnie), że ma sobie w 48h poradzić z sytuacją w Kraju albo ustąpić. Pan prezydent oczywiście ultimatum odrzucił.

Czekamy dalej. Ramadan zaczyna się dziesiątego :)

Aha, u nas oczywiście jest bezpiecznie, generalnie wszystkie hotele są miejscami bezpiecznymi i tutaj życie toczy się obok tego wszystkiego w sposób zupełnie normalny. Jedynym odstępstwem od normy jest brak wycieczek do Luksoru czy Kairu żeby piramidy zobaczyć, no ale tam faktycznie teraz pchaliby się tylko samobóje.

Z cyklu ciekawostki i tematy lżejsze.

Ten koleżka poniżej to Martin. Nasz bezpośredni zwierzchnik, pół-niemiec, pół-włoch. Mega wesoła szwabina, on sam mówi że niemiecki jest beznadziejny. No spróbuj kobiecie miłość po niemiecku wyznać, przecież to brzmi jakbyś chciał ją z domu wyrzucić.
No i mieliśmy gdzieś w zeszłym tygodniu dzień wolny i wieczorem przyszli z Mariją(koleżanka z ekipy z Rosji), że jadą o Hurghady i czy z nimi jedziemy. My, że nie mieliśmy już planów na wieczór poza się wyspaniem, że pewnie, że jedziemy. No i wsiadamy do auta i jedziemy(my z tyłu), a Martin (kierowca) do Marii żeby mu z plecaka piwo wyjęła bo ma ochotę. Dwa sobie po drodze na luzie wygrzmocił i mówi że przecież tutaj niema alkomatów, a po dwóch piwkach to chyba dalej umie jeździć? Wesoło było: jedziemy gdzieś na środku pustyni, w środku niczego, w kraju na skraju rewolucji, w aucie prowadzonym przez pijanego Niemca. W ogóle to tylko kierowca pił w trakcie jazdy:)
Dalej.
Jeszcze jak byliśmy tutaj na wakacjach to nam mówili, że jak nie chcemy mieć przygód żołądkowych to nie należy brać w ogóle do ust wody z tutejszych kranów. No i robiliśmy tak przez pierwsze dwa tygodnie, że nawet do mycia zębów woda z butelki. No ale, że Przemo jest mądrzejszy i twardziel to przecież jemu nie zaszkodzi nie?! 
Zaszkodzi :) 
Ale dwa dni pochorujesz a potem już luz, możesz zęby myć jak człowiek.
Jest tak jak przy przeziębieniu, czyli osłabiony człowiek i bolą mięśnie, kości i brzuch, drgawek niema bo ciężko żeby w Egipcie zimno było, tylko zamiast gardła pali dupa i średnio co 2 godzinki do kibelka :)
Od tamtej pory "sraj się" jest dosyć wesołym powiedzonkiem:)
A paradoks sraczki: "Często i rzadko jednocześnie".

Oprócz tego czorni już jesteśmy jak nutella:

Tutaj jest nasz filmik na którym widać kolejkę na stację benzynową w środę na cztery dni przed planowanym początkiem protestów. Ropy już się nie dało kupić do końca. Ludzie po ostatniej rewolucji stali się bardziej przewidujący.

Mamy też filmiki nagrane telefonem Agnieszki z jazdy po Hurghadzie, ale muszę je jakoś podocinać żeby się to dało oglądać.

Pozdrawiamy!

AiP
ps. fajnie jest jak ktoś czasem jakiś komentarz napisze, do czego zachęcamy!

sobota, 22 czerwca 2013

Day off czyli Safaga i słowo o narodzie egipskim po dwóch tygodniach pobytu :)

Temat pierwszy czyli mieliśmy dziś "wolną sobotę" :)
W związku z tym zebraliśmy się z samego rana koło 13-tej, wsiedliśmy w busa za 1 funta/osobę i pojechaliśmy do Safagi.
Tak. Jedzie się z otwartymi drzwiami.

To jest przystanek, tutaj można na busa poczekać, ale jak ktoś na przykład ma ochotę poczekać 15 metrów dalej to też się mu bus zatrzyma.

Safaga to małe miasteczko portowe z kilkoma hotelami i firmami oferującymi nurkowanie przy rafach, które mimo wszytko oparło się komercjalizacji. Czyli wysiada się z busa i generalnie nic szczególnego. Po prawej osiedla i pustynia, po lewej osiedla i morze. Przez środek biegnie droga, przy drodze sklepiki. Co od razu rzuca się w oczy:

1. Brud i śmieci. Są wszędzie, na drodze, przy drodze, na chodniku, przed sklepami, za sklepami, na sklepach, w sklepach, na pustyni, na plaży... wszędzie!


Możesz spokojnie wypić Colę, jebnąć puszkę pod nogi i nikogo to nie będzie dziwić, dziwne będzie jak będziesz się snuł z pustą puszką i szukał kosza na śmieci. Tu niema koszy na śmieci. Koniec.

2. Ludzie którym się nie spieszy, sprzedawca przy kramie z owocami sobie leży w cieniu na ziemi (oczywiście wśród śmieci) i jak chcesz coś kupić to się podniesie, sprzeda  znowu się położy.
W miasteczku jest też bank. Przed bankiem siedzi sobie paru gości w mundurach, przy pasie coś co może być pistoletem. Przechodzimy obok, a ten w niebieskim tak sam z siebie że jak chcemy to możemy sobie z nimi zdjęcie zrobić. To zrobiłem Agnieszce. Stróże prawa i porządku w pracy.

3. Komunikacyjny chaos o którym pisałem już kiedyś tutaj --> forum i to co i jak jeździ po drogach.
Chodzi o to że właściwie jeździ wszystko i jak tylko ma ochotę.

Felgi droższe od auta, ale szancun i branie gwarantowane.

Elegancki pomarańczowy "mietek" :)

Chłopaki jadą do roboty, przypominam,że środek miasteczka, środek dwupasmowej drogi. Ciekawe jaki jest mandat za takie coś w Polsce. A tutaj zadowoleni machają sobie do Agnieszki :)

W Polsce są też pewnie przepisy określające co i jak można przewozić, tzn: wymiary, masę pojazdów i tym podobne cuda wianki w zależności od rodzaju samochodu, ilości osi, kół i nie wiadomo czego jeszcze. Że jak np. całość waży 20 ton to OK, ale jak 21 to już będzie mandacik bo się asfalt psuje. Tutaj czegoś takiego nie ma. Tutaj chodzi o to że jak się załaduje coś na auto to trzeba to zrobić tak żeby dojechało i się nie rozpierdzieliło w trakcie jazdy. A jak się nie mieścisz pod jakimś wiaduktem to masz problem, trzeba było myśleć wcześniej.


Się rowerki na górze nie zmieściły, nie ma problemu, przecież jeszcze tutaj jest trochę miejsca.

Stacja benzynowa, najtańsza benzyna 80(!!!) oktanów 45 groszy za litr.


Weszliśmy też trochę w głąb osiedla a tu proszę normalny regularny polonez

a tutaj polonez marki audi, pewnie lepszy. I jeszcze czerwony - to na pewno lepszy.

Generalnie na pierwszy rzut oka totalny chaos i rozleniwienie, ale jakoś to sobie samo działa i nie potrzeba armii urzędników którzy mieliby próbować nad tym zapanować czy jakoś to zorganizować, działa samo. Działało lepiej jak panował Hunsi Mubarak, który oficjalnie był prezydentem a faktycznie trzymał kraj w ryzach przez prawie trzydzieści lat. Chłopakom jednak zachciało się demokracji, zrobili dwa lata temu rewolucję Mubaraka wywalili i próbują zorganizować sobie Państwo od nowa. Chodzi jednak o to że nam wystarczyły dwa tygodnie tutaj i już wiemy że to nie ma prawa się im udać. Mieliśmy przez 3 dni 300 osobową grupę turystów z egipskiego oddziału firmy P&G, wydawałoby się że ogarnięci ludzie ze sporego korpo. Przyszło do gry w siatkę i co? I pół godziny 25 chłopa stoi i pokrzykuje/pocharkuje na siebie w tym ichniejszym języku bo się nie da trzech drużyn wybrać. Nie da się zorganizować 6-osobowej drużyny jak zatem, pytam się mają zorganizować 80-milionowe państwo? Po rewolucji w Kairze regularnie są jakieś protesty/demonstracje/zamieszki z udziałem setek tysięcy ludzi. Tutaj sobie można poczytać. Jakimś cudem wybrali sobie nowego prezydenta, ale jego też już nie lubią i cały Egipt huczy że 30-go czerwca będą wielkie manifestacje w Kairze, udział deklaruje miliony ludzi. Mówią że zrobią nową rewolucję i że będzie jeszcze gorzej niż ostatnio.
Dla nas praktycznie niema zagrożenia, bo to wszystko dzieje się w Kairze czyli jakieś 500 km od nas. Problem polega jednak na tym że jak ostatnio wybuchła rewolucja to większość państw (oprócz Anglii) ewakuowała swoich obywateli z Egiptu i branża turystyczna poszła się paść na parę miesięcy. Jeśli to się powtórzy to po prostu nie będziemy mieć co robić. Co myśleć nie wiadomo, część ludzi już się pakuje, część robi zapasy bo 2 lata temu nic się nie dało kupić, a część mówi że  spalą parę marketów i skończy się jak większość ostatnich protestów.

Co jest pewne to to, że nawet jak będzie źle to całość skończy się 20-go lipca bo wtedy zaczyna się ramadan, nie można przez cały dzień jeść ani pić to i wojować po ulicach się nie będzie chciało.

Pożyjemy zobaczymy, nudno na pewno nie będzie :)